Powódź ; Lilli : nowele - strona 33
róża objęła obie rękoma. Próbowała je uspokajać, dodawać im otuchy. W końcu jednakże i ona wzniosła ku niebu głowę i drząc całem ciałem poczęła razem z niemi krzyczeć:
— Ja nie chcę umierać!...
Jedna tylko ciotka Agata nie odzywała się dotąd ni słowem. Nie modliła się już, przestała się krzyżem żegnać. Wodząc dokoła zgłupiałym wzrokiem, starała się tylko jeszcze uśmiechać, gdy oczy jej spotkały
www.magazynfakty.pl
się z mojemi.
Woda poczęła teraz smagać dachówki. Nie było znikąd nadziei ratunku. Od strony kościoła dolatywały nas ciągle głosy ludzkie. W pewnej chwili mignęły w oddali dwie latarnie i znów rozpoztarła się cisza, żóła płachta wylewu rozwlekała przed nami w bezkres okrutną nagość swoją. Ludzi z Saintin, którzy mieli łodzie, musiała jak widać woda pierwej aniżeli nas zaskoczyć.
Gaspard tymczasem nie przestawał krążyć dokoła dachu. Naraz przyzwał nas do siebie, wołając:
— Baczność!... Pomóżcie mi! Musicie mnie trzymać mocno.
Ująwszy na nowo w dłonie żerdź, zaczaił się z nią na jakąś dużą czarną masę, płynącą zwolna ku naszemu dachowi. Był to wielki dach jakiejś szopy, zbity z grubych i mocnych desek. Zerwany przez wodę w całości, płynął niby statek. Skoro się znalazł w pobliżu Gasparda, ten zatrzymał go
— Ja nie chcę umierać!...
Jedna tylko ciotka Agata nie odzywała się dotąd ni słowem. Nie modliła się już, przestała się krzyżem żegnać. Wodząc dokoła zgłupiałym wzrokiem, starała się tylko jeszcze uśmiechać, gdy oczy jej spotkały
Darmowa reklama:
Logistyka krajowa
Standard tylko dla najlepszych - Logistyka krajowa - zainwestuj i ciesz się dobrym nabytkiem.www.magazynfakty.pl
Woda poczęła teraz smagać dachówki. Nie było znikąd nadziei ratunku. Od strony kościoła dolatywały nas ciągle głosy ludzkie. W pewnej chwili mignęły w oddali dwie latarnie i znów rozpoztarła się cisza, żóła płachta wylewu rozwlekała przed nami w bezkres okrutną nagość swoją. Ludzi z Saintin, którzy mieli łodzie, musiała jak widać woda pierwej aniżeli nas zaskoczyć.
Gaspard tymczasem nie przestawał krążyć dokoła dachu. Naraz przyzwał nas do siebie, wołając:
— Baczność!... Pomóżcie mi! Musicie mnie trzymać mocno.
Ująwszy na nowo w dłonie żerdź, zaczaił się z nią na jakąś dużą czarną masę, płynącą zwolna ku naszemu dachowi. Był to wielki dach jakiejś szopy, zbity z grubych i mocnych desek. Zerwany przez wodę w całości, płynął niby statek. Skoro się znalazł w pobliżu Gasparda, ten zatrzymał go
Oznaczenia: Logistyka krajowa