"Kościotrup" - strona 3
— Nie, nie tutaj... Znam za Aleksiejewką takie miejsca... na cietrzewie o wiele lepsze niż tu!
Nie dopytywałem się mego wiernego towarzysza, dlaczego nie zawiódł mnie tam od razu, i tegoż dnia dobrnęliśmy do matczynego folwarczku, którego istnienia, szczerze powiedziawszy, dotychczas nawet nie podejrzewałem. Przy tym folwarczku, jak się okazało, stała oficynka, bardzo stara, ale nie zamieszkana, a więc czysta; spędziłem tam dość spokojnie noc.
Nazajutrz obudziłem się bardzo wcześnie. Słońce tylko co wstało; na niebie nie było ani jednego obłoczka; wszystko dokoła błyszczało silnym, podwójnym blaskiem: młodych porannych
www.weknowhow.pl
promieni i wczorajszej ulewy. Czekając aż zaprzęgną do bryczuszki, poszedłem powłóczyć się po niewielkim, niegdyś owocowym, teraz całkiem zdziczałym ogrodzie, otaczającym ze wszystkich stron oficynkę swym pachnącym, soczystym gąszczem. Ach, jak pięknie było na świeżym powietrzu, pod jasnym niebem, gdzie trzepotały skowronki i skąd sypały się srebrzyste paciorki ich dźwięcznych głosów! Z pewnością uniosły na swych skrzydłach krople rosy, i pieśni ich były jakby zwilżone rosą. Aż zdjąłem czapkę z głowy i oddychałem radośnie — pełną piersią... Na stoku płytkiego parowu, pod samym chruścianym płotem, widać było pasiekę; wiodła do niej wąziutka ścieżka, wijąc się jak wąż wśród gęstych ścian burzanów i pokrzyw, nad którymi górowały, Bóg wie skąd tu zabłąkane, spiczaste łodygi ciemnozielonych konopi.
Zapuściłem się w tę ścieżkę i doszedłem do pasieki. Stała przy niej niewielka chruściana szopa, tak zwany s t e b n i k, gdzie stawiają ule na zimę. Zajrzałem przez uchylone drzwi: ciemno, cicho, sucho; pachnie miętą i pszczolnikiem. W kącie sporządzona prycza, a na niej przykryta kołdrą jakaś drobna figurka... Miałem już odejść...
— Panie dziedzicu, panie dziedzicu! Piotrze Pietrowiczu! — usłyszałem głos słaby, powolny i ochrypły, jak chrzęst turzycy na błotach.
Nie dopytywałem się mego wiernego towarzysza, dlaczego nie zawiódł mnie tam od razu, i tegoż dnia dobrnęliśmy do matczynego folwarczku, którego istnienia, szczerze powiedziawszy, dotychczas nawet nie podejrzewałem. Przy tym folwarczku, jak się okazało, stała oficynka, bardzo stara, ale nie zamieszkana, a więc czysta; spędziłem tam dość spokojnie noc.
Nazajutrz obudziłem się bardzo wcześnie. Słońce tylko co wstało; na niebie nie było ani jednego obłoczka; wszystko dokoła błyszczało silnym, podwójnym blaskiem: młodych porannych
Darmowa reklama:
Rozwój pracownika
Standard tylko dla najlepszych - Rozwój pracownika - zainwestuj i ciesz się dobrym nabytkiem.www.weknowhow.pl
Zapuściłem się w tę ścieżkę i doszedłem do pasieki. Stała przy niej niewielka chruściana szopa, tak zwany s t e b n i k, gdzie stawiają ule na zimę. Zajrzałem przez uchylone drzwi: ciemno, cicho, sucho; pachnie miętą i pszczolnikiem. W kącie sporządzona prycza, a na niej przykryta kołdrą jakaś drobna figurka... Miałem już odejść...
— Panie dziedzicu, panie dziedzicu! Piotrze Pietrowiczu! — usłyszałem głos słaby, powolny i ochrypły, jak chrzęst turzycy na błotach.
Oznaczenia: Rozwój pracownika